Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wciąż tacy sami

Świat się skurczył, zmniejszył, Na niebie tylko obłoki. Podróże odłożone na później, Horyzont nie taki daleki. Długie godziny razem I milion zbędnych rzeczy. Zapasy tego , co nieprzydatne, Deficyt zdrowego rozsądku. Strachu na kilogramy na każdym kroku, Dobrych rad nikt nie sprzedaje. Można żyć bez kina, kawiarni, Można bez błahych spraw. Można odbyć odłożone rozmowy, Dokończyć zaczęte kłótnie. Zmiana na inne nie znaczy na gorsze, Można przywyknąć na dłuższy czas. Normalność nabiera nowego znaczenia, Do czego chcemy wracać? Za kim tęsknimy, a kto nam balastem, Czy droższa galeria, czy własna rodzina? Gdzie leży prawda i kto ją udźwignie? Jak osądzą nas przyszłe wieki? Czy świat się zatrzymał, jak wszyscy mówią, Czy może jednak wciąż pędzi dalej, Tam gdzie nie sięga nasza percepcja, Tam gdzie się zyski liczą w bilionach, Gdzie tworzą prawdę na własny użytek, Gdzie się kreuje świat i rzeczywistość. Dziecko się śmieje wciąż śmiechem niewinnym, Serce kochane...

Nasza melodia

Porwała nas dziś ta nieznana melodia. Twoja ręka na moich plecach, Lekki uścisk dłoni i oddech na szyi. Prowadzisz mnie delikatnie i pewnie zarazem, Nie gubię kroków, nie mylę tempa. Podążam za Tobą, płynę w Twych ramionach. Muzyka mnie wypełnia, przenika do kości. Każde uderzenie perkusji kieruje ma stopą, Każda struna gitary wypełnia mi biodra, Wszystkie wyśpiewane emocje w szybszym oddechu. Osnuta Twoim ciepłem pachnącym perfumem, Owiana melodią jak ciepłym wiatrem, Czując na skórze rozedrgane powietrze, Zamykam oczy i otwieram duszę. Moja ufność zamknięta w Twojej dłoni, Moja miłość w naszej bliskości, Nasze poranione serca bijące jednym taktem, Nasze oddechy zmieszane w jeden, Twoja siła, którą czuję pod napiętą koszulą, Twoje bezpieczne ramiona , do których zawsze mogę wrócić. Kołysze nas ta melodia, każda jej nuta, Uspokaja emocje, łączy nas podświadomie. Intymność wystawiona na widok publiczny, Tylko nas dwoje pośród tego tłumu. Tylko my i nasza melod...

Gdybym była

Gdybym miała być stokrotką, jakich miliony są na świecie, Chciałabym jedną być z najwyższych i w niebo sięgać ranną rosą. Gdybym wróbelkiem miała być malutkim, którego każdy lekceważy, To chciałabym srebrzystym głosem na najpiękniejszej śpiewać akacji. Gdybym zaś miała być nasionkiem, które wiatr niesie daleko, Chciałabym upaść na żyznej ziemi i wyrosnąć ze wszystkich największą. Gdybym na oceanie kroplą była, co morska bryza porywa nagle, Chciałabym na policzek upaść komuś, kto serce ma nieskalane. Gdybym wiatrem była stworzona, niebieskie niebo miała za brata, Chciałabym z oczu łzę osuszyć u najsmutniejszego dziecka świata. Gdybym ziarenkiem piasku była, na bezkresach gorącej Sahary, Chciałabym na najwyższej zaspie spoglądać w oczy srebrzystym gwiazdom. Gdybym literką była w książce, nawet w najbardziej opasłym tomie Chciałabym być tą, od której zaczyna się najpiękniejsze zdanie. I nawet gwiazdą na firmamencie mogłabym być szczęśliwą, Bo każdej nocy mogłabym błyszczeć,...

ziemniaczane story

Wiosna już pełną parą, więc jakoś też tak naturalnie wracam pamięcią do wiosen w mojej rodzinnej wsi, do naszego małego gospodarstwa, które przez sporą część czasu kręciło się wokół ziemniaków. Wiadomo, ważne były dla nas, ważne dla gawiedzi, dla sąsiadów, którzy czasem przychodzili po worek czy dwa. Kartofli musiało być dużo, musiały być swoje i musiały od zasadzenia dotrwać do wykopania. O tym wszystkim ta przydługawa historia. Dla dziadka punktem honoru było zapewnienie naszej rodzinie takiej ilości ziemniaków na jesień, żeby do pierwszych zbiorów nie trzeba było kupować. Wprawdzie najczęściej późną wiosną i tak kupowaliśmy już je na targu, a te które ewentualnie zostały – pomarszczone do granic przyzwoitości – zostawialiśmy zwierzętom. Czynników powodzenia było wiele, w tym zupełnie od nas niezależne, jak pogoda, ale dziadek przy udziale nas wszystkich dokładał wszelkich starań, aby zimą spać spokojnie. Pierwszym etapem po spokojnej zimie, było solidne odżywienie zaspanej i...

Moje ideały

Zmęczona jestem szukaniem ideałów. Odległe ode mnie jak najdalsza gwiazda, Życia nie starczy, żeby to dogonić. Ich blask oślepia, że nie sposób się przyjrzeć, Ale i bez tego wiem, że nie dam rady. Ręce mam nie te i głowa nie taka, Za ciasne horyzonty i kiepskie maniery. Wiedzy mi nie starcza, ciała mi nadbywa, Brak mi też odwagi, by się mierzyć z cudem. Skłoniłam nisko głowę, pochyliłam kark, Uznałam pokornie ich wyższość nade mną. Czasem trzeba się pokłuć prawdą w oczy I przegnać złe duchy marzeń jej świętością. Nie każdy przecież może być wspaniały, I ci przeciętni przecież są potrzebni. Na naszym tle ich piękno bardziej błyszczy, Ich wyjątkowość rzuca się w oczy. Moja bylejakość szarzeje i blednie Zatapiając się w tło mas niezliczonych. Ile nas już było i ile jeszcze będzie? Nie napisze o nas żaden biografista, Nie pozostanie po nas żaden ślad na przyszłość. Mała, szara mogiła i skromny pomnik W czwartym rzędzie pod dumnie stojącym świerkiem. Z czasem przesta...

...a po burzy słońce

Świat się zatrzymał, ludzie się zatrzymali, stanęły sklepy, galerie , kina, restauracje.  A życie idzie dalej . Czas nie stoi w miejscu. Kolejna pętla wokół Słońca przynosi kolejne święta, kolejną wiosnę, kolejne pierwsze kwiaty , pierwsze pąki na drzewach. Dzieci tak samo jak w zeszłym roku cieszą się z zajączkowych prezentów , uśmiechają się tak samo jak przed pandemią, cieszą się ze słodyczy , mają ochotę na zabawę, najbardziej na świecie pragną bliskości swoich rodziców. Nie potrzebują do tego pandemii, ograniczenia wolności , obostrzeń związanych z przemieszczaniem się i komunikowania tego na Facebooku w formie łzawych postów. Tak samo przyleciały pierwsze wiosenne ptaki, tak samo jak rok temu o świcie budzą mnie hałaśliwe kosy, tak samo jak w zeszłym roku na brzoskwini pojawiły się pierwsze pączki . Tak samo jak w zeszłym roku wyrosła zielona trawa. Czas płynie nieubłaganie, życie zatacza swój kolejny cykl , a natura nie przejmuję się tym, co trapi człowieka. Mówimy...

Już tam nie ma Cię

Mam czyste nogi, bo mi je obmyłeś, I brzuch mam syty po wspólnej wieczerzy, I wyspana jestem po wspólnym czuwaniu, Bo miłość moja do Ciebie wciąż niedoskonała. Sprzedałam Ciebie za parę srebrników, Wyrzekłam się Ciebie i wstyd mnie ogarnął, W Twej drodze na górę nieść Ci nie pomogłam I nie stałam odważnie kilka godzin przy krzyżu. Słowa moje ranią jak miecz obosieczny I zmęczona sobą szukam sensu życia. Bez wiary że cokolwiek tu znaczę, Bez nadziei że cokolwiek będę Ukochałam w sobie tylko smutek szary. A Ty mi całe życie wisisz przed oczami, Rozpostarte ręce, pochylona głowa. Rodzisz się człowiekiem, umierasz człowiekiem, A przecież cały należysz do Boga. Spoglądam w Twoją stronę, niepewna reakcji, Tak wiele chcę powiedzieć, a Ty już wszystko wiesz. I mimo wszystkich lęków, mimo wielu łez, Przybiegam znów do grobu, lecz.... już tam nie ma Cię.