Przejdź do głównej zawartości

Posty

Pokonanym...

Po pustym sercu hula wiatr niepamięci. Niczego tam nie ma, w kącie walają się resztki dawnych uczuć. Zapomniane i nieogrzewane. Obolała dusza wyziera zza ciała, po cichu, na moment, między wierszami. Wszędzie rany. Jedne zabliźnione ale wciąż rozdrapywane, inne świeże. Wszystkie głębokie, nie da się inaczej. Łez już nie było od bardzo dawna, wyschły lub wyczerpał się limit, zresztą jakie to ma znaczenie. Za granicą już się nie płacze, smutek odchodzi, przerażają emocje. Nic nie czuć to również nie cierpieć, nie pragnąć, nie tęsknić, nie chcieć. Jak doskonała maszyna do spełniania codziennych czynności. Nic nie ma większego znaczenia, czy słońce jest czy go nie ma, czy świecą gwiazdy, czy drzewa zakwitły, czy komukolwiek jeszcze zależy. Poczucie obowiązku umiera w zatrutym sumieniu pomieszanych odczynników dobra i zła, marazmie obojętności i nihilizmu. Ludzie nie słyszą, chociaż czasem słuchają, słowa które wylatują z ust docierają w innym brzmieniu, po drodze gubiąc własny ciężar i ...

na skraju lasu domek stał

Zadziwia mnie nieustannie z jaką stanowczością i zaciętością wyrywamy naturze kolejne parcele ziemi, aby pobudować na nich coraz to okazalsze i piękniejsze domostwa. Chyba nie ma takiej wioski, w której wieloletni mieszkańcy nie mówiliby: "tu zawsze były pola, a teraz, dom na domie!". Uprawa roli coraz mniej się opłaca i coraz mniej jest chętnych osób, aby się tym zająć, nawet na własny tylko użytek. Tak więc kolejne połacie niegdyś złocących się zbożem pól zostają poćwiartowane na małe, zgrabne działeczki i sprzedawane żądnym własnego lokum. Wyrastają pyszne wille i nowoczesne bryły, popisowe dzieła nowomodnych architektów. Zwykły sześcian z dwuspadowym dachem zazwyczaj jest za mało pretensjonalny, aby dobitnie pokazywał starym mieszkańcom wioski na jak duży kredyt stać przybyłych. Tarasy, zimowe ogrody, minimalistyczne acz wymyślne wielopoziomowe bryły, z oknami na szerokość ścian, szczelnie zakrytych żaluzjami. Jak zresztą wszystko. Nowoczesne domy to zazwyczaj twierdze sz...

Na pierwsze roztopy

W zasadzie, dlaczego nie? Przecież Święta przeszły, styczeń minął i ferie w zasadzie na ukończeniu, więc dlaczego nie miałaby zawitać do nas wiosna, ta najwcześniejsza, najdelikatniejsza, która się bieli przebiśniegami i pstrzy krokusami? A z drugiej strony, po co się spieszyć? Czy się już wszystko dość wyspało, żeby już budzić jeżyka, misia, ptakom obiecywać ciepłe godziny na suchym szczycie drewnianego dachu? Czy się ktoś pytał, czy ziemia już gotowa, by ją na nowo orać i siać? Czy ktoś bocianom do ciepłej Afryki już zaproszenia wysłał na powrót? A przecież dobrze jest tak jak jest. Mięciutka kołderka białego puchu usypia ludzi, ich troski i smutki. Pozwala znaleźć chwilę wytchnienia, bo wszystko trzeba, ale od wiosny. Wprawdzie dzień coraz dłuższy, ale jednak noc jeszcze przeważa. Jest jeszcze tyle książek do przeczytania, tyle rozmów do odbycia w ciepłym zaciszu zimowej nocy z kubkiem herbaty w ręku. Gdzie się tak spieszyć i po co tak gnać? Można jeszcze  zrzucić parę spraw na ...

Wybacz

Wybacz, że nie kupiłam dla Ciebie tych kilku bułek. Ale wiesz, jakoś tak byłam zamyślona bardzo nad tą niebieską sukienką, czy jeszcze do niej się zmieszczę, czy trzeba już sobie darować a przecież tak mi zależy ładnie przy Tobie wyglądać... Więc jakoś tak wyszło, ja wyszłam i nie kupiłam. Więc wybacz... I wybacz że się nie uśmiechnęłam do Ciebie dzisiaj, wiesz ,kiedy na mnie spojrzałeś. Jakoś tak zapomniałam i myślami byłam gdzie indziej i znowu kolejna szansa uciekła niepostrzeżenie... I wybacz że dziś na Ciebie nie nakrzyczalam wcale. A przecież zawsze krzyczę porządnie, ze strachu, troski , zdenerwowania. Bo Ty mnie obchodzisz przecież i Twoje błędy mnie ranią. A dziś wykipiało mleko i zwiędły dwa kwiatki w wazonie i posypywali drogę. Więc jakoś tak nie zdążyłam, zapomniałam i nie krzyczałam. I wybacz że nie dotknęłam Cię za żadnym razem gdy przechodziłam obok. Zawsze miałam coś w ręku, gdzieś się strasznie spieszyłam a potem to już wyszedłeś i znowu ja nie zdążyłam. I wybacz ż...

Tym którzy odeszli

Tyle ich ostatnio odeszło... Za szybko... W pośpiechu. Bez do widzenia. Zostawiają po sobie niedopitą herbatę, nieprzeczytane wiadomości, nieodebrane telefony, rozłożoną gazetę na stole. Potworną pustkę. Ich nieobecność jest bardziej widoczna od życia. Przecież byli tu o krok, na wyciągnięcie ręki, na długość spojrzenia, na zasięg szeptu. Komentowali wiadomości, posapywali przy wstawaniu z fotela, kasłali po soku malinowym. Kakofonia ich dźwięków tworzyła naszą codzienność. Zapach unosi się jeszcze, tak zwodniczy jakby jeszcze tu byli. Koszula w koszu na pranie, nieuprzątnięte skarpetki, wyleżana poduszka. Są wszędzie a przecież już ich nie ma. Spozierają że zdjęć z fałszywym uśmiechem dającym złudzenie szczęścia. Jeszcze przecież wczoraj, przed chwilą... Pustka dotkliwa, bolesna, prawie namacalna, we wszystkich miejscach gdzie ich już nie ma. Spieszą się gdzieś, uciekają, znikają nagle zostawiając nas żywych w smutnym zdumieniu. Bo dokąd? Czy im coś więcej obiecano? Czy wiedzieli coś...

ku pamięci...

Pamiętam Ją tylko z ostatnich trzydziestu lat, podczas gdy przeżyła ponad 85. Pamiętam Ją wesołą, szczęśliwą, ale też smutną, płaczącą czy zdołowaną. Była wyjątkowa, jedyna, dla mnie i pewnie wielu osób niepowtarzalna, a pustka po niej dotkliwa i raniąca. Miała w sobie wiele ciepła i pokory, dzieciństwo w czasach wojny, bez matki, dorosłe życie na gospodarstwie wśród rodziny, starość.... No cóż, ostatnie lata w chorobie. Pamiętam jak śpiewała piosenki, jak uczyła mnie liter, jak czytała nam na dobranoc, kiedy rodzice musieli być w pracy, albo opowiadała je z pamięci, najlepiej na świecie. Jak pobłażliwie patrzyła na nasze brojenie, jak łagodziła gniew rodziców, jak pocieszała płaczące wnuki. Pamiętam koleżanki, szwagierki, kuzynki przyjeżdżające do Niej po to, aby się wygadać. Każdego wysłuchała, dawała dobre słowo a wszystkie sprawy zachowywała dla siebie. Opowiadała świetne historie ze swojej młodości, pamiętała wszystkie daty, nazwiska, wydarzenia i rocznice. Nie ma chyba na świecie...

magiczna choinka

To trwało tylko ułamek sekundy. Mgnienie chwili, kiedy poczułam się przeniesiona w czasie do lat bezpowrotnie minionych. Do siebie w wersji kilkunastoletniej, w naciskiem na kilku. Jakby za sprawą magicznej różdżki ktoś pozwolił mi poczuć atmosferę, klimat i ciepło mojego domu z dawnych czasów. Domu w którym mieszkało siedem osób, dwa pokolenia i milion problemów. Domu w którym u babci zawsze palił się ogień w piecu, a na nim stał czajnik pełen wrzątku. Zawsze można było napić się ciepłej herbaty, dostać ukrywane przed dziadkiem ciasteczko, kawałek czekolady albo  jabłko. Można było usiąść i nawet nic nie mówić, ale ogrzać się w przyjemnym cieple pieca i ludzi. Można było uciec przed zagniewaną mamą, która akurat rzucała gromami. Można było posłuchać dawnej historii o czasach wojny opowiadanej przez babcię, pośpiewać z nią piosenki, albo nauczyć się zabawnej rymowanki. Święta zawsze były ciepłe, pachniały sosnową żywicą, makówkami, karpiem, pomarańczami i maślanymi ciasteczkami. Na...