Przyciasne mi to życie, jak źle dobrany żakiet. Uwiera mnie i pije, ściska płuca w zbyt wąskim rozmiarze. Boję się, że gdy mocniej odetchnę, pęknie i rozpadnie się na kawałki. W głowie nagle pustka, echo odbija się od wysokiego sklepienia, na podłodze skrawki dawniejszej świetności, po kątach majaczą cudze wspomnienia. Ktoś mi je wmawia, tłumaczy, że moje, patrzę z ukosa i jakoś nie poznaję. Nic już nie wiem, nie potrafię sobie przypomnieć. Smutno mi jakoś na widok listka, który przedwcześnie opadł z brzoskwini. Smuci mnie jego czerwony kolor i zakończone tak nagle życie. Słońce mnie drażni swoją wesołością, swoim blaskiem, na który nie sposób patrzeć. Wdziera się do mnie przez najmniejszą szparę, łaskocze w stopy, ogrzewa ramiona i wybarwia włosy. Nie pyta zupełnie, czy ja mam ochotę. A ja wolę oglądać je nocą, w odbiciu miliarda gwiazd na nieboskłonie, w cichym księżycu sunącym po niebie. Przynajmniej tak mi się teraz wydaje, że wolę. Tak gdzieś napisałam i się tego trzymam. Łatwiej mi płakać, niż śmiać się perliście. Choć tak doprawdy nie wiem, dlaczego. Ucieka mi czas skrzydłami motyla, a z każdym machnięciem bliżej mi do końca. Przyciężkie serce chciałoby odpocząć. Co mu tak nagle nic nie pasuje? Nie bije już mocniej w żadnym przypadku, nie podskakuje z radości, nie drży z przejęcia. Pora gorzkich żali nad sobą rozpoczęta. Dlaczego nie milczę o swych niedostatkach, dlaczego nie przybieram ugrzecznionych masek, dlaczego jestem innym wilkiem, a sobie sama osłem upartym? Nie potrafię powiedzieć, gdzie się zagubiłam, w którym momencie przestałam mieć kontrolę. Nie wiem dlaczego poniósł mnie nurt beznadziei, przerywany z rzadka przylądkami szczęścia. Dałam się porwać, nie stawiałam oporu. Teraz, za którymś z rzędu zakrętem, wypatruje kłody rzuconej na ratunek....
Było mi łatwiej nie pamiętać bliskości Twoich szerokich ramion mapy pieprzyków na Twoich plecach zagłębienia obojczyka linii szyi znajomej jak droga do domu Było mi łatwiej bez dotyku, zapachu bez znajomego uścisku z pustym miejscem na plecach po Twoich ciepłych dłoniach ...Niż z tym jednym przytuleniem Wróciła jak trzaśnięcie biczem pamięć o wszystkich chwilach spędzonych w tych ramionach o wszystkich tańcach z twoją dłonią na moich plecach, o gęsich skórkach pod twoimi palcami o małych i wielkich rozkoszach kiedy byłeś tak blisko Wróciły jak pazury lwa rozszarpujące zwierzynę wszystkie ciche dni, wyrzuty wilgotne od łez oczy zagubione spojrzenia szukające stabilizacji lęk i niepewność przed tym co ucieka wzajemne pretensje, coraz głębsze rany i głuche milczenie, które tylko dzieli Nie chcę ich pamiętać boli moja wina błędy i pomyłki uderzają w twarz coś było i uparcie tego nie ma jak człowieka w tym słynnym wierszu Szymborskiej myśmy też umarl...
Komentarze
Prześlij komentarz