Przejdź do głównej zawartości

Posty

Ktoś mówi...

 Ktoś mówi "piękna", a ja liczę tylko zbędne kilogramy.  Ktoś mówi "mądra", a ja dopatruje się w tym szczerego sarkazmu. Ktoś mówi "super", a ja myślę, że miał na to lepszy pomysł.  Ktoś mówi "jesteś niezastąpiona", a ja myślę, że mógłby mi wytknąć milion pomyłek.  Ktoś mówi "fajnie że jesteś", a ja myślę, że lepiej gdyby mnie jednak nie było. Ktoś mówi "tęskniłem" a ja wiem, że poczuł tylko ulgę.  Ktoś mówi "co byśmy bez Ciebie zrobili", a ja myślę że ktoś inny zrobiłby to lepiej. Ktoś mówi "dasz radę", a ja bym wolała sobie odpuścić. Ktoś mówi, że jestem mądra, a ja szukam swoich błędów i wystawiam najgorszą ocenę. Ktoś mówi, że posłuchał mojej rady, a ja żałuję, że się odezwałam.  Ktoś mówi, że beze mnie sobie już nie wyobraża, a ja myślę, że ma ciasne horyzonty. Ktoś mówi, że jestem dobra w swojej robocie, a ja się czuję totalną porażką i chciałabym robić wszystko jeszcze lepiej.  Ktoś mówi, że świetnie...

Spacer

 Marzy mi się słoneczny dzień. Z przyjemnym miodowym słońcem delikatnie otulającym twarz i biegającym promieniami po rozwianych włosach. Z lekkim wiatrem. Takim muskającym szyję niczym jedwab. I droga. Naturalna, nierówna, wśród wysokich sosen, ciemnych buków i wyniosłych topoli. Z kamykami, które miałabym ochotę zabrać ze sobą na pamiątkę. Pachnącą wilgotnym mchem i mokrą ziemią. Z szeleszczącymi pod stopami liśćmi, które poruszone stopą pachną złotą jesienią. Z trzaskającymi pod nogą gałązkami. Z ciemnymi zaułkami gdzie za dnia chowa się wilgotna mgła. Z przejrzystymi polanami, wśród strzelistych sosen, pachnących żywicą i szyszkami. Taka droga wśród ciszy. Z odgłosem ptaków i spłoszonych saren. Gdzie własny oddech wydaje się zbyt głośny. Gdzie uciekają w niebo wszystkie trudne myśli. Gdzie twarz uśmiecha się do błękitnego nieba. Gdzie łzy płyną dając ukojenie. Gdzie zostawia się troski, problemy i żale. Gdzie zmęczone ciało daje poczucie szczęścia. Droga na której można zatrzym...

Niechciane łzy

 Nienawidzę tych łez... tych najbardziej niespodziewanych, po całym dniu szczerych i udawanych uśmiechów. Po tym, jak myślałam, że stoję na szczycie. Że potrafię być ponad to. Że gdzieś mała iskierka radości rozpaliła się w niewielki płomień. Po tym całym wmawianiu sobie że tak jest ok i będzie dobrze. Nagle wypełzają gdzieś z ciemnej głębi umysłu, dawno uśpionej, przysypanej świeżymi fotografiami wspomnień minionych miesięcy. Chowają się pod powiekami dając o sobie znać cichutko, prawie niezauważenie. Sączą się delikatnym strumieniem wprost do serca wnosząc zimno zwątpienia we wszystko i wszystkich. Pokrywają ołowiem moje ramiona ściągając je w dół bez wyraźnej przyczyny. Najgorzej, że wartkim strumieniem opanowują wszystkie zakamarki mojego umysłu. Świeżo zbudowaną podwalinę pewności siebie, początki fundamentu poczucia własnej wartości. Zmywają siłą tsunami i równają z ziemią. Ciche poczucie szczęścia zatruwają goryczą i bombardują milionem pytań zwątpienia. Chwilę spokoju duszy...

Marzę

 Marzę... O cichym miejscu z dala od ludzi. Wśród drzew, zwierząt i nieba. Pachnącego starym drewnem. Skrzypiącego pod stopami. Wygładzonego dotykiem dłoni. Ciepłego od ognia.  Marzę.... O samotności. Takiej, która nie boli. Takiej, która daje ukojenie. Otula jak kocyk, pozwalając zanurzyć się w myślach. Wycisza zmysły. Pozwala słyszeć szum krwi w żyłach.  Marzę... Żeby słuchać trzaskania ognia. Nocnej sowy szukającej połowu. Wycia wilka gdzieś daleko w lesie. Oddechu z głębi siebie. Marzę.... O nieskrępowanej nagości. O niemyśleniu o oczekiwaniach. O słodkim chłodzie na mojej skórze. O kroplach rosy pod stopami. O pustej głowie. Tak po prostu. Marzę... O zapachu wilgotnej ziemi. Żywicy z sosen. Lawendy zerwanej z ogrodu. Mięty parzonej w kubeczku. Mokrych włosów na poduszce.  Marzę.... O ciepłym dotyku dłoni. Uśmiechu w spojrzeniu. Pocałunku w szyję. Splątanych ciałach. Porozumieniu bez słów.  A najbardziej marzę... O odnalezieniu siebie. Wśród wszystkich grany...

Oczekiwania

 Wszystko na mnie krzyczy. Atakuje mnie swoim jestestwem, stałą, niewzruszoną obecnością. Wysyła podświadome sygnały pretensji o moje niewystarczające zainteresowanie. Sterty książek, którym obiecałam przeczytanie. Kawałki materiału, którym sprzedałam moją krawiecką wizję. Moje pomysły upchnięte w różne zakamarki domu. Na wpół zwiędłe  kwiatki, którym ślubowałam opiekę. Przygniatają mnie ciężarem swoich oczekiwań. Sama zawiesiłam poprzeczkę, a teraz potrzebuję pomocy, żeby jej dosięgnąć. Stoję przed nią i czuję jak z każdą chwilą wygrywa we mnie ochota przejścia dołem. Surowo określiłam wymagania wobec siebie, a teraz czuję że przegrywam własną bitwę. Odechciało mi się ścigać. Nie staje już do porównań. Dobrze mi w ciasnym kącie własnych rozczarowań. Znam przecież to miejsce od zawsze. Niektóre rzeczy przykryła warstwa kurzu, ale pamięć o nich i rumieniec wstydu wciąż są żywe. Ciężko mi stąd wyjść, coraz trudniej nosić maskę. Boje się że kiedyś spadnie w najmniej oczekiwanym m...

List do Taty #2

 Kochany Tato! Chyba nigdy tak do Ciebie nie powiedziałam. Onieśmielałeś swoim wycofaniem, milczeniem, powściągliwością. Nie byłeś wylewny, więc ja też nie byłam. Nie dałeś się poznać nawet za bardzo przez te ponad dwadzieścia lat. Codziennie byłeś obok, ale przecież ciągle za jakąś maską, zasłoną, ciągle odgrywając jakąś rolę, która przyjąłeś może zbyt pochopnie. Zamknięty w swoim świecie. Uciekający w muzykę, chyba w wyobraźnię, może w marzenia. Utalentowany, ale kto o tym wiedział... Inteligentny, ale czy ktoś dał Ci szansę? Dowcipny i sarkastyczny, a to zauważali zawsze.  Czy powiedziałabym Ci to dziś, kiedy mija już 13 lat odkąd Cię nie ma? Moja wyobraźnia nie działa tak daleko. Czy byłbyś bardziej siwy? Bardziej mrukliwy? Weselszy? Bardziej otwarty? Czy znaleźlibyśmy wspólny język? Czy byłbyś bliżej, czy oddalał się ciągle?  Widzę cząstki Ciebie w naszym codziennym życiu. W gestach Twoich dzieci, w charakterach Twoich wnuków. Coś Twojego ciągle w nas żyje. Dlatego c...

Ciemność

 Zastygam w ciemności. Oblewa mnie ołowianą smolistą czernią pochłaniającą wszystko dokoła. Studzi moje narowiste serce zimnem obojętności i wiecznej nicości. Czuję, jak wolno zakleja powieki czernią, w której nie widać już nic. Wlewa się do uszu odcinając szepty i złowrogie słowa.  Pieści moje ciało powolnym pocałunkiem, jak wytrawny w miłosnej gierce kochanek. Zalewa usta niezdolne od teraz nikogo skrzywdzić i nikogo pocieszyć . Znikam w niej z głębokim poczuciem ulgi. Znikam z oczu i myśli tych wokół. Jestem w tej czerni niewidoczna dla innych. Nie mam już niczego niezgodnego z oczekiwaniami. Nie mam już wad, ani zalet. Nie mam już praw, ani obowiązków. Serce nie tęskni za niczym. Płuc nie pali kolejny oddech. Nie noszę już masek, nie gram w przedstawieniu. Nie muszę już wysoko trzymać głowy, ani szukać mądrych słów.  Czekam, aż moja gorąca krew ostygnie na tyle, żeby nie być już w ogóle.  Ciemność przynosi mi spokój. Ukojenie rozedrganym nerwom. Rytm niespokojnem...