Przejdź do głównej zawartości

chciałbym być sobą

...czyli kim? 
Kto może powiedzieć, że jest po prostu sobą, takim jak chce, czuje, jak mu się podoba i może sobie na to pozwolić? Kto to jest ta JA prawdziwa i własna, która mówi: jestem sobą i nikim innym? Co oznacza w ogóle bycie sobą? Wyrwanie się z pewnych zasad zachowań, przymusów, nakazów i zakazów, "wypada" i "nie wypada", można, trzeba, nie wolno? Swobodne nieskrępowane zachowanie? Czy bycie sobą oznacza, że można mówić i robić co się chce i czy wtedy jest się szczęśliwym? Bo tęsknota do bycia sobą oznacza chyba pewne poczucie dyskomfortu osoby wciśniętej, wpasowanej w jakąś rolę społeczną, życiową, w pewne realia, które wymagają określonego zachowania. Czy pozbawieni wszelkich zasad i obowiązków i oswobodzeni z wszelkich powinności potrafilibyśmy zacząć zachowywać się zgoła odmiennie i z tej całkowitej swobody skorzystać, czy tez zasady i konwenanse są tak głęboko wrośnięte w naszą ludzką osobowość, że nie potrafimy się ich pozbyć? Być może marzenia o byciu sobą to jedynie senna mrzonka o alter-ego rozładowująca naszą frustrację tłumionych złości i niewypowiedzianych inwektyw? Wszak w śnie robimy wszystko na co przyjdzie nam ochota,  a może nawet więcej, być może stąd marzenie aby w życiu móc zachować się podobnie.  Powiedzieć tej babce ze sklepu że jest głupia jak krowa i nie ogarnia nawet dwóch rzeczy jednocześnie. Nie chodzić do koleżanki na urodziny bo jej nie cierpię i na dodatek ma psa, który śmierdzi. I nie zapraszać jej, bo wtedy nie można jej spokojnie poobgadywać z całą resztą. Strzelić klapsa bratankowi kiedy zachowuje się jak mały Castro (może chce być sobą??). Nie mówić "dzień dobry" tej głupiej babie spod czwórki, wiem że ona nasłała na mnie straż miejską. Chodzić środkiem drogi, śpiewać w autobusie, śmiać się do rozpuku z głupich lasek w galerii, powiedzieć kilku gościom jakimi są ćwierćinteligentami, pocałować faceta z biblioteki, żeby sprawdzić, jak to jest. Przekląć kiedy i gdzie się chce. Nosić plecak zamiast torebki i niemodne ciuchy. Nie farbować włosów a paznokci nigdy nie obcinać. Albo na odwrót. Ale nie można, nie wolno, nie wypada. 
Muszę być uprzejma, miła, profesjonalna, ładna. Muszę posprzątać, ugotować, nakarmić rybki, psa i może męża. Powinnam zaprosić teściów na obiad, zabrać siostrę do kina i iść z Ewką na kawę. Powinnam umyć okna na święta i ubrać choinkę i kupić prezenty oraz bezwzględnie cieszyć się ze wszystkich otrzymanych.  To, tamto, sramto. Bo trzeba, bo wypada, bo co ludzie powiedzą, a na pewno powiedzą.
A co jeżeli naprawdę jesteśmy tacy właśnie jak teraz? Ugrzecznieni, ułożeni, zwarci, pilni i gotowi? A może nie, może ci, którzy odważyli się być sobą wypełniają liczne szpitale psychiatryczne w całym kraju z bezwzględnie orzeczonym szaleństwem i obłędem? Kto wie...?
Naprawdę, jacy jesteśmy, nie wie nikt....

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bez Ciebie

Było mi łatwiej nie pamiętać  bliskości Twoich szerokich ramion mapy pieprzyków na Twoich plecach  zagłębienia obojczyka linii szyi znajomej jak droga do domu Było mi łatwiej bez dotyku, zapachu bez znajomego uścisku  z pustym miejscem na plecach po Twoich ciepłych dłoniach  ...Niż z tym jednym przytuleniem Wróciła jak trzaśnięcie biczem pamięć o wszystkich chwilach spędzonych w tych ramionach o wszystkich tańcach z twoją dłonią na moich plecach, o gęsich skórkach pod twoimi palcami o małych i wielkich rozkoszach kiedy byłeś tak blisko Wróciły jak pazury lwa rozszarpujące zwierzynę  wszystkie ciche dni, wyrzuty wilgotne od łez oczy zagubione spojrzenia szukające stabilizacji lęk i niepewność przed tym co ucieka wzajemne pretensje, coraz głębsze rany i głuche milczenie, które tylko dzieli Nie chcę ich pamiętać  boli moja wina błędy i pomyłki uderzają w twarz coś było i uparcie tego nie ma jak człowieka w tym słynnym wierszu Szymborskiej  myśmy też umarl...

Mori

Znów mi smutniej na świecie, ubyło serdecznego śmiechu. Dobroci, co się nieproszona sama przejawia, pomocnej dłoni na kiepskie czasy. Prostoty rozumienia skomplikowanych spraw i przyjmowania tego co jest, jakby musiało być.  Znów mi tu bardziej samotnie. Jakby wszyscy tam uciekali. Do tej spokojnej krainy, zielonej od morza traw, spokojnej murem lasów na horyzoncie, błogiej błękitem bezbrzeżnego nieba. Dźwięcznej cykadami, słowikami i trzmielami. Pachnącej świeżym chlebem, który ktoś zostawił na drewnianym blacie. Znów coś już było po raz ostatni. Chociaż się wtedy nie wydawało. Podpełzło zdradziecko, zabrało. Ostatnie do widzenia dziś brzmi jak groteska. Teraz już wiem, że to co mi w pamięci zostało w ramkę muszę zamknąć ostatniego wspomnienia i hołubić w sercu na zawsze. Nie chcę się żegnać i tęsknić już zawsze. Wolę przed oczami Twój uśmiech wesoły.  Zostały żarty niewypowiedziane, wspólne kawy nie wypite, uściski skreślone przez śmierć. Okulary nikomu niepotrzebne, buty, k...

Anioł śmierci

Zabiłam już w sobie kilka razy ochotę na życie. Odbudowuję ją później mozolnie, kawałek po kawałku, składając dobre słowa jak cegły ocalałe po detonacji. Na nowo, od fundamentów buduję mury pewności siebie, radości z każdego dnia, ochoty na kolejny świt i wiary w to, że ten świat jest lepszy od tego po drugiej stronie. Czytam mój list do taty, próbuję odnaleźć siebie w tych słowach pełnych pewności i stanowczości. Teraz, kiedy znów zabiłam w sobie chęć do życia. Zabiłam milion razy setki pomysłów na siebie. Na piękno, zdrowie, dobre samopoczucie. Na ćwiczenia, spacery, rozwój i dobrostan. Zachłysnęłam się na chwilę i wyplułam z obrzydzeniem. Odrzuciłam, najdalej jak można, odwróciłam się plecami, udaję, że nigdy ich nie było. Żal przyćmiewam kolejnym papierosem, topię w perlistym prosecco, zagłuszam zbyt głośną muzyką. Nie patrzę w lustro, nie staję na wadze, nie chcę widzieć wszystkich wad i niedoskonałości. Nie potrafię spojrzeć na siebie inaczej, jak tylko z mocnym wyrzutem.  Za...