Słoneczne, letnie popołudnie. Siedzimy z babcią na małej ławeczce obok wejścia do letniej kuchni. Obieramy jabłka, tak małe, że mieszczą się po dwa w dłoni. Na jakiś "apfelmus" czyli marmoladę z jabłek. Idealna na zimę do placuszków. Spod babcinych palcy zwisa cieniutka, idealna strużka skórki. Patrzę na nią gdy przegryza kawałek okropnie zielonego jabłka. Pytam, czy kwaśne, a w ustach mam ślinotok. Odpowiada zwyczajnie, że nie. Więc kuszę się na kawałek i krzywię okrutnie. Do dziś mam smak tych okropnych jabłek w ustach. Babcia zaczęła się śmiać, tak szczerze, trzęsąc brzuchem, a potem opowiedziała jakaś dykteryjkę z dzieciństwa o tym, jak z braćmi kradli jabłka z sadu. Styczeń 2000 roku. Siedzę w domu leczona z jakiejś podłej przewlekłej choroby. Siostry w szkole. Mama na rano w pracy. Tata odsypia nockę. Zimno, nikt jeszcze nie był zrobić ognia. Nudno, samej kolejny dzień bez przyjaciół. Idę więc na dół, do babci. Tam już od rana pali się w piecu. W powietrzu unosi się za...
"Chodzi mi o to, aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa" /J.Słowacki/